wtorek, 23 czerwca 2015

Cypryjska ruletka - fragment



Wysoka, atrakcyjna dziewczyna wysiadła z windy na Emirates Stadium. Uważnie rozejrzała się po korytarzu na poziomie restauracji dla Vip-ów i energicznym krokiem ruszyła w kierunku toalet, znajdujących się przy schodach za rogiem. Weszła do przestronnego wnętrza. Mijając rząd umywalek, spojrzała w wielkie lustro, wiszące nad nimi. Z satysfakcją stwierdziła, że kasztanowy kolor włosów idealnie pasuje do jej ciemnobrązowych oczu.
Znieruchomiała, nasłuchując chwilę. Niczym niezmącona cisza wskazywała na to, że pomieszczenie było puste. Zamknęła za sobą drzwi najbliższej kabiny.
Szybkim ruchem ściągnęła z głowy perukę i rozczesała palcami krótkie, czarne włosy. Dziewczyna zdjęła popielaty płaszcz, zwinęła go wraz z peruką, wspięła się na sedes i wsunęła pakunek ponad kwadratową płytę podwieszanego sufitu. Wychodząc z toalety, jeszcze raz spojrzała w lustro, przygładziła bordową spódnicę i wyprostowała złoty identyfikator, przypięty do białej bluzki.
Na korytarzu wtopiła się w tłum stojących w holu kibiców Arsenalu. Patrząc przed siebie, minęła szybko stanowisko recepcji i znalazła się w restauracji.
Rudowłosy kelner podszedł do niej natychmiast. Piegi na jego twarzy wyraźnie przegrywały konkurencję z młodzieńczym trądzikiem. Z niekłamanym podziwem gapił się na plakietkę na piersi dziewczyny, słowo  „MANAGER” zrobiło na nim duże wrażenie.
– Mogę w czymś pomóc? – zapytał, kłaniając się sztywno.
– Przynieś mi Burbona i migdały – dziewczyna spojrzała na niego bez uśmiechu.
– Do którego stolika?
– Czekam tutaj. Mamy ważnego klienta, sama do niego pójdę. – Nieznoszący sprzeciwu głos spowodował, że „rudy” zniknął w mgnieniu oka. Po krótkiej chwili, pojawił się niosąc srebrną tackę z zamówieniem i podał ją dziewczynie.
– Dopisz to do tamtego numeru – wskazała jedną z ekskluzywnych lóż przy oknie. Kelner kiwnął głową i oddalił się bez słowa.
Idąc w kierunku loży, dziewczyna zręcznie wysunęła malutką fiolkę z opaski ukrytej pod mankietem bluzki. Paznokciem podważyła plastikową zatyczkę i skropiła przezroczystym płynem miseczkę wypełnioną migdałami. Wielokrotnie przećwiczony gest wyglądał jakby tylko chciała poprawić cokolwiek, na trzymanej przez siebie tacy. Opuszczając rękę wepchnęła delikatnie pustą fiolkę z powrotem pod elastyczny uchwyt na nadgarstku.
Kilka kroków przed wejściem zwolniła, przyglądając się eleganckiemu mężczyźnie opartemu wygodnie na skórzanej kanapie. Jego jasny garnitur wyraźnie kontrastował z dominującym w pomieszczeniu, ciemnoczerwonym kolorem.
Fared Al-Kashimi, zajęty wydarzeniami na boisku, początkowo nie zauważył dziewczyny stojącej przy jego stoliku. Dopiero jej powitanie sprawiło, że odwrócił wzrok od wielkiego ekranu.
– Nic nie zamawiałem – jego głos zabrzmiał nieprzyjemnie...

                                                      -----------

           Więcej fragmentów oraz informacje o możliwości zakupu książki znajdziecie na stronie:                                        
https://www.facebook.com/Cypryjska.Ruletka?fref=ts
                                              Serdecznie zapraszam !                               


niedziela, 21 czerwca 2015

Spotkanie autorskie w Krakowie.






      No i doszło do bezpośredniej konfrontacji z publicznością. Spotkanie miało miejsce w Śródmiejskim Ośrodku Kultury przy ulicy Mikołajskiej - 15.06.  Jakoś udało mi się pokonać tremę. 
 




    
     Według tak zwanych - niezależnych źródeł - wyszło całkiem nieźle. Mam tylko nadzieję, że to prawda !

Cypryjska Ruletka.


    Oto wreszcie mogę zaprezentować okładkę mojej debiutanckiej powieści. Książka ukazała się całkiem niedawno i właśnie rozpoczynam kolejny etap - czyli - PROMOCJA !
    Zachęcam do odwiedzenia strony : https://www.facebook.com/Cypryjska.Ruletka?fref=ts - Tam dowiecie się więcej.
    Podróż na Cypr rozpocznijcie od tekstu, którym obdarował mnie Artur Jan Szczęsny (recenzent i poeta) i pozwolił mi umieścić go na okładce.
 
   " Gorąca wyspa Afrodyty staje się tłem dużej, międzynarodowej afery, w którą przypadkowo zostaje zamieszany krakowianin Rafał. Z początku nic nie zapowiada nieoczekiwanych wydarzeń. Rafał ciężko pracuje na swe utrzymanie, usuwając azbestowe instalacje na terenie bazy brytyjskiej armii, a wieczorami sączy drinki w zaprzyjaźnionym barze. Tam poznaje pewnego Amerykanina...
    Wszystko zaczyna się komplikować, gdy któregoś dnia dostrzega w kontenerze z odpadami dziwnie wyglądające pakunki. Od tej pory nic nie jest już sielskie ani spokojne...
    Ten debiut to wciągająca, trzymająca w napięciu fabuła zdradzająca dużą znajomość cypryjskich realiów."

    Jako autor mam nadzieję, że czytelnicy podzielą tę opinię.

    Książka jest już dostępna w sprzedaży:
    - wersja papierowa - księgarnie internetowe Bonito.pl
    - wersja elektroniczna - virtualo, empik ,gandalf, publio i inne.
    Pełna lista dystrybutorów znajduje się na stronie na facebooku.
 

wtorek, 3 lutego 2015

...krzywe domy (cd)

  Nieustająco uśmiechnięty Perikles wprawną ręką prowadził swoje Pajero zatłoczonymi ulicami Larnaki. Siedziałem obok niego myśląc o nowej pracy i mieszkaniu, z nieco pokręconej opowieści mojego szefa wynikało, że udajemy się niedaleko poza centrum miasta. Wraz z upływającym czasem zacząłem jednak podejrzewać, że pojęcie - niedaleko - miało według Periklesa trochę inny wymiar. Centrum Larnaki dawno zniknęło za naszymi plecami, minęliśmy już nawet przyległe miasteczko, ale Perikles jechał dalej i nic nie wskazywało na to, że zamierza się zatrzymać przy którymkolwiek z okolicznych domów.
  Zacząłem nerwowo kręcić się na fotelu.
  - Daleko jeszcze ? - W końcu spytałem zniecierpliwiony kiedy zniknęły mi z oczu ostatnie zabudowania. Trudno było nie zauważyć, że asfalt także się skończył i droga nagle zamieniła się w kamienisty trakt prowadzący pośród opustoszałych pagórków.
   - Właśnie dojeżdżamy - Perikles spojrzał na mnie zza kierownicy, uśmiech nie znikał z jego twarzy.
  Jego optymizm zaczął mnie wkurwiać, to przecież ja - a nie mój uradowany pracodawca - miałem zamieszkać na tym odludziu. Nie zakładałem wcześniej takiego scenariusza, odległość dzieląca mnie od najbliższej cywilizacji rosła z każdą chwilą. Oczywiście dostrzegałem surowe piękno okolicznych krajobrazów, głęboki cień niewysokich wzgórz skrywał płytkie doliny poprzecinane rzadkimi rzędami usychających drzew oliwnych i dzikich, zakurzonych krzaków. Pomimo moich estetycznych doznań, nie mogłem skupić się jedynie na nich - do cholery - przecież nie jechałem tutaj na wycieczkę ! 
   Głębokie pokłady mojej cierpliwości zaczęły wyczerpywać się coraz szybciej wraz z rosnącym znudzeniem oglądania tego pustkowia przez szybę samochodu. Jednak zanim zażądałem od Periklesa powrotu do bardziej zaludnionych rejonów, jego Pajero skręciło w stronę jakichś zabudowań, minęliśmy pokaźny budynek ze stosami desek poukładanych przed nim. Chwilę potem, kilkadziesiąt metrów powyżej, dostrzegłem ciemno czerwony dach . Odetchnąłem z ulgą kiedy samochód zatrzymał się wreszcie przed metalową ,zdobioną bramą. Najwyraźniej dotarliśmy wreszcie do celu podróży.
  Za długim murem z żółtych pustaków kłębiły się niewysokie krzewy, z pośród których wyłaniały się gdzieniegdzie pokaźne opuncje.  
   - Patrz i podziwiaj - Perikles z dumą otworzył bramę i wprowadził mnie na kamienną ścieżkę prowadzącą do obszernego, niskiego domu. - Sam go zbudowałem - dodał z satysfakcją.
   Pierwsze wrażenie było imponujące, skomplikowana konstrukcja nie przejawiała wprawdzie cech wskazujących na zastosowanie projektu profesjonalnego architekta, ale całość budynku zgrabnie komponowała się na szczycie wzgórza. Wielopoziomowa, ogromna willa była zdecydowanie odmienna od betonowych klocków, które zaśmiecały swoim wyglądem przestrzeń wszystkich osiedli dookoła Larnaki. Poza tym, ku memu zdziwieniu ,dom zbudowany był z drewna - co także było odstępstwem od cypryjskich standardów budowlanych.
  Perikles wprowadził mnie na rozległy taras. Tutaj zapomniałem na chwilę o niedogodnościach związanych z odludnym miejscem, w którym miałem zamieszkać - niesamowity widok roztaczający się przede mną rekompensował wszystko, Larnaka wraz ze swoimi przedmieściami leżała dosłownie u moich stóp. Wrażenie potęgował narastający zmrok, kiedy światła miasta zaczynały skrzyć się na tle ciemniejącego nieba.
  - Wiedziałem ,że ci się spodoba. - Perikles z pewnością zauważył moją zachwyconą minę.
  - Faktycznie zapiera dech - przyznałem. - Ale cholernie daleko od miasta - westchnąłem ciężko.
  - Nie ma problemu - Perikles machnął ręką. - Przecież będę przyjeżdżał codziennie, to mogę kupić co trzeba. Poza tym weekendy masz wolne, więc zawsze możesz podjechać do centrum.
  "- Ciekawe jak ?" - pomyślałem. - Damy radę - dodałem na głos. - Nie lubię martwić się na zapas.
   - Właśnie - przytaknął Perikles. - Chodź, pokażę ci resztę.
  W pierwszej kolejności mój szef zaprezentował mi pokój , w którym miałem zamieszkać, oraz niewielką kuchnię do mojej dyspozycji. W tym ciasnym, ciemnym pomieszczeniu ze zdziwieniem zauważyłem klasyczną lampę naftową stojącą na blacie obok gazowej kuchenki. Aby przyjrzeć się dokładniej pozostałemu wyposażeniu nacisnąłem włącznik światła przy drzwiach - jakoś nie zdziwiło mnie to,że nie zadziałało - kuchnia nadal pozostawała skryta w coraz głębszej ciemności.
  Spojrzałem pytająco na Periklesa.
  - Nie spodziewaj się prądu - rozłożył ręce - Jeszcze nie zdążyli podłączyć tego rejonu.
  - No to jak...?
  Perikles najwyraźniej spodziewał się tego logicznego pytania i zanim zdążyłem je dokończyć, odpowiedział radośnie
  - Na dole, w warsztacie masz generator. Pokażę ci jak go obsługiwać.
  Kamienistą ścieżką zeszliśmy do budynku, który widziałem wcześniej z samochodu. Kilka prób Periklesa doprowadziło do uruchomienia maszyny, wytwarzającej prąd dla całej posesji. Wnętrze warsztatu wypełnił zapach ropy i nieopisany hałas. Perikles musiał gestem nakazać odwrót na szczyt wzgórza, w kierunku domu.
  Kiedy wdrapaliśmy się z powrotem na poziom tarasu, odgłos generatora  zmienił się w miarowe mruczenie, które stanowiło jedynie delikatne tło dla melodii wygrywanej przez niezmordowane świerszcze, kryjące się w okolicznych zaroślach.
  Nagle usłyszałem coś zupełnie odmiennego od tych dźwięków.
  Groźnie brzmiące szczekanie psów odbiło się głębokim echem po okolicznych wzgórzach. Zaniepokojony spojrzałem na Periklesa.
  



   

Cisza + odgłosy szczekania (grubo) - generator
Biały pies           


    

niedziela, 25 stycznia 2015

Samobójstwo na życzenie

Nie mogę pozostać obojętny na ostatnie wydarzenia w redakcji paryskiego pisma obrażającego wierzących na całym świecie. Ta prowokacja musiała skończyć się tragedią.

Nie wynaleziono jeszcze
lekarstwa
na opamiętanie.
Choroba demokracji
nie leczona
może okazać się śmiertelna
rodząc agresję myślących inaczej.
Jak świadome wypicie trucizny
powoduje bezmyślne zdziwienie.
Czemu
właśnie ja ?
Czemu ktoś
poczuł się urażony
moją wolnością ?
Ale,
najważniejsze, że ja przeżyłem.
Tylko spóźniłem się do pracy.
     - podpisano -
     redaktor naczelny.  

poniedziałek, 20 października 2014

Sen

  Gdy patrzę ze swojego pokoju na szarą ulicę widzę tłum szarych postaci poruszających się w różnych kierunkach. Śpieszą zapewne do swoich zwykłych spraw czekających na niezwłoczne załatwienie. Uśmiechy dawno temu zniknęły z twarzy przechodniów pod moim oknem. Wszyscy pozakładali na twarze maski obojętności, kryjące szczelnie nawet wyraz ich spojrzeń ginących pod czarnymi szkłami , podobnych do siebie okularów. Poruszają się bezszelestnie, przez szybę nie słyszę odgłosu kroków, nie słyszę żadnych rozmów. Wydaje się, że śmiech także umarł, stał się tylko bolesnym grymasem zastygłym na czarno-białych fotografiach.
  Obojętność.
  Szarzy ludzie z ulicy sami zdecydowali się na osamotnienie wobec swoich problemów, za późno wołać o pomoc - to daremne. Każdy z nich dawno utracił zdolność reagowania na zło i cierpienie innego szarego człowieka. Zaklęty krąg, którego stali się nieodłącznym elementem sprawił, że prośba o pomoc nie zostanie usłyszana przez nikogo.
  ...wyszedłem na ulicę. Niebo zasnuły ciężkie, ołowiane chmury. Natychmiast wmieszałem się w szary tłum, dałem mu się nieść w nieznanym kierunku. Szedłem przed siebie wąskim korytarzem utworzonym przez kamienice stojące po obu stronach ulicy. Co chwila czułem jak ktoś idący z przeciwka potrąca mnie obojętnie. Patrząc uważnie w nieruchome twarze starałem się odnaleźć w nich choćby garstkę człowieczeństwa. Bez efektu.
  Poczułem nagle nieokreślony, wewnętrzny strach. Nie wiem czego zacząłem się obawiać, lecz uczucie to zaczęło nasilać się z każdą chwilą. Nagle zapragnąłem znaleźć się w moim mieszkaniu, które jawiło mi się teraz jako oaza bezpieczeństwa. Zacząłem biec, przeciskając się przez masę szarych postaci, prawie bez tchu dopadłem bramy swojej kamienicy. 
  Korytarz- schody - jestem u siebie...
  Nie zdejmując płaszcza oparłem się o drzwi wsłuchując się w znajome, delikatne i równomierne tykanie zegara. Po dłuższej chwili wszedłem do pokoju.
  Bezwiednie zerknąłem w lustro i zamarłem w bezruchu, widząc beznamiętny wyraz mojego spojrzenia. Chciałem krzyczeć, lecz głos uwiązł mi w gardle, ukryłem twarz w dłoniach i nagle zacząłem w zawrotnym tempie spadać w czeluść czarnej pustki.

   Obudziłem się gwałtownie.  
   Minęło parę chwil zanim zdałem sobie sprawę, że siedzę we własnym łóżku. Senny koszmar powoli przemijał. Spojrzałem na zegarek - prawie ósma - czas się zbierać. Odsunąłem zasłony w oknie, szare chmury spowijały niebo nad miastem, ulica jak co dzień pełna była ludzi śpieszących w różnych kierunkach.
   Też musiałem wyjść do swoich zajęć.
   Włożyłem szary płaszcz i sięgnąłem do kieszeni po ciemne okulary.



          

wtorek, 23 września 2014

"SEVEN"

Tytuł tego wpisu zapożyczyłem od thrillera sensacyjnego ze świetną rolą Brada Pitta. Wydaje się, że opisana poniżej historia, w swym klimacie odpowiada obrazom z tego filmu.
Ta jednak zdarzyła się naprawdę...  
                                                                    ------------

  Kilka dni po powrocie na Cypr siedziałem w malutkim samochodziku mojego przyjaciela, niewielka walizka ledwo mieściła się na tylnym siedzeniu kilkunastoletniego Forda Ka. Russell sprawnie prowadził auto ulicą zmierzającą pod górę w kierunku Oroklini - rozległego osiedla niedaleko Larnaki. Przez otwarte okna, do wnętrza samochodu wlewał się żar sierpniowego popołudnia. Rozglądając się dookoła rozpoznawałem miejsca, z którymi byłem związany podczas poprzedniego pobytu w tej okolicy. Obracając w dłoni klucze cieszyłem się z nieoczekiwanej pomocy jednego ze znajomych, który zaoferował mi zajęcie mieszkania będącego w jego dyspozycji. Ostrzegł mnie jedynie, że miejsce wymaga posprzątania, on sam wyprowadził się stamtąd osiem miesięcy wcześniej więc spodziewałem się, że trzeba będzie tam trochę ogarnąć.   Wydawało się, że los - tym razem - uśmiechnął się do mnie.
   W miarę, jak zbliżaliśmy się do starego centrum miasteczka Russell musiał zwolnić,  ulicę między nowymi willami zastąpiła wąska uliczka wijąca się pomiędzy kamiennymi domkami pamiętającymi początek poprzedniego stulecia, ich drewniane drzwi prowadziły wprost na rozgrzany asfalt. Tuż przed szczytem wzgórza Russell skręcił w prawo obok typowej, cypryjskiej kafejki. Jego Ford nieomal ocierał się o stoliki i siedzących przy nich klientów - wiekowych mężczyzn, bezczynnie spędzających czas sącząc kawę i leniwie rozmawiając ze sobą. Po kilkuset metrach opuściliśmy ten ciasny zaułek, spomiędzy niskich kamieniczek wyrósł nagle dwupiętrowy blok - cel naszej podróży.
  - Wrzuć swoje rzeczy i jedziemy na piwo, ja poczekam tutaj - Russell zaproponował zgodnie z przewidywaniem.
  -  Najpierw sprawdzę czy dam radę otworzyć drzwi. Peter dał mi dwa komplety kluczy, znasz go, niekoniecznie te właściwe.
   - Racja - Russell pokiwał głową. - Leć.
   Jakbym wiedział - bramę udało mi się pokonać, ale drzwi na piętrze stawiły twardy opór. Pokonany zbiegłem na dół i wyciągnąłem Russella z auta aby pomógł mi z tym problemem. Po kilku próbach zamek odpuścił i obaj stanęliśmy w środku. Nagle doceniłem obecność przyjaciela. 
   Długi, prostokątny salon ginął w mroku zaciągniętych zasłon, w środku panował niesamowity zaduch. Już na pierwszy rzut oka nie wyglądało to zachęcająco, z rogu pokoju "patrzył" na nas rozbity ekran starego telewizora, przewrócony stolik ze złamaną nogą leżał pod zasłoniętym oknem. Bez słowa spojrzeliśmy po sobie i weszliśmy dalej. Wąski korytarz prowadził do dalszych pomieszczeń. Na podłodze sypialni walały się połamane deski będące kiedyś ramą wielkiego łóżka, zachodzące słońce przenikało przez okno w głębi korytarza, oświetlając drugą sypialnię. Tutaj , na materacu piętrzyły się jakieś pudła, piecyki i butle gazowe.
  Otworzyliśmy drzwi do łazienki, umywalka i toaleta pokryte były czarnym nalotem, bezskutecznie próbowałem odkręcić kran - nie popłynęła z niego kropla wody.
   - Popatrz na to - Russell odezwał się po raz pierwszy, wskazując na podłogę.             
   Gdy spojrzałem pod nogi zobaczyłem brunatne, okrągłe plamy na płytkach. Jak krople lecz nie te, które powinny były polecieć z kranu.
   - Myślisz to co ja ? - zapytałem. Poczułem przy tym ciarki na plecach.
   - Zobaczmy dalej - spojrzał na mnie poważnym wzrokiem.
   Brodzik pod prysznicem także był jakby posmarowany czarnym błotem, gdzieniegdzie odcisnęły się jednak ślady stóp.
   - Kurwa ! Ktoś brał prysznic w tym syfie! - Wzdrygnąłem się.
   - Ja pierdolę ! - Russell pokręcił głową z niedowierzaniem i ruszył w kierunku kuchni. 
   Wszedłem do sypialni z połamanym łóżkiem i zerknąłem do uchylonej szafy, ku mojemu zdziwieniu, na wieszakach wisiały - wyglądające na nowe - jedwabne koszulki nocne i damska bielizna niewielkich rozmiarów. Ten widok, w zestawieniu z resztą bałaganu zrobił na mnie makabryczne wrażenie. Serce podeszło mi do gardła, zacząłem się trząść. Zanim zdążyłem zawołać przyjaciela, usłyszałem jego krzyk.
   - Artur, chodź tu !
  Wypadłem z sypialni. Russell stał w kuchni trzymając otwarte drzwi wiszącej szafki. Nie wiem dokładnie co mogło być w środku, ale całe wnętrze pokryte było brunatno-czerwonymi zaciekami, podłoga także tonęła w podobnych plamach. 
  Mieliśmy dość. Russell , starając się opanować  atak nerwowego kaszlu  wybiegł na klatkę schodową. Nie czekając sekundy dłużej  pobiegłem za nim, zatrzaskując za sobą drzwi. Dogoniłem go przy samochodzie, oparty o maskę rzygał wprost na ulicę. Ja także byłem bliski zrobić to samo, ale jakoś udało mi się powstrzymać nudności. Ruszyliśmy z piskiem opon. Po kilku minutach Russell zatrzymał się przy najbliższym sklepie.
  - Muszę się napić - wychrypiał. - Skręć mi papierosa.
  Wrócił z dwoma ćwiartkami jakiejś brandy.  Siedzieliśmy w milczeniu dobre pół godziny, właściwie obaj nie wiedzieliśmy co powiedzieć. Ta sytuacja ewidentnie nas przerosła. 
   Nie mogłem zebrać myśli, wszystkie obrazy sprzed paru chwil przelatywały przez moją głowę mieszając się i łącząc  zarazem w koszmarną wizję czegoś co przerastało wyobraźnię. Poza tym, zdałem sobie sprawę, że to mieszkanie przesiąknięte jest fizycznie odczuwalnym Złem - jakby prawdziwy szatan opanował to miejsce. Czułem to coraz silniej w miarę jak odkrywaliśmy kolejne pomieszczenia.
   - Tam musiało się coś stać - nie do końca byłem świadomy, że wreszcie odzyskałem głos.
   - Tak to wygląda - Russell spojrzał na mnie.   
   - Jeszcze brakowało,żebyśmy znaleźli trupa - wysiliłem się na żart. Brandy zaczęło działać.
  - Cholera wie co Peter tam nawyrabiał - Russell wziął moje słowa na poważnie. - Nie przejrzeliśmy wszystkiego dokładnie.
   - Chcesz wrócić ?
  - Zwariowałeś ? - Russell nieomal wypuścił z ręki butelkę. - Peterowi powiemy, że nawet tam nie weszliśmy - zadecydował. - Dzisiaj przenocujesz u nas a potem coś się wymyśli - uruchomił silnik. 
   Znowu zamilkliśmy, Oroklini zostało w tyle za nami.
    - Widziałeś kiedyś film "Seven" ? - odezwałem się nagle. - Ten z Bradem Pittem.
    - Pamiętam - odparł Russell po chwili zastanowienia. - Czemu pytasz ?
    - Kojarzysz tego gościa, którego policja znalazła jako jedynego co jeszcze żył ? 
    - Noo...wiem. W takim zagraconym mieszkaniu. Wszędzie wisiały te choinki zapachowe. - Russell kiwnął głową.
     - U Petera brakowało tylko tych choinek ! - Pierwszy raz zdobyłem się na uśmiech.
     - Fakt - Russell także się uśmiechnął. - Czyli jednak może trupa też nie było - podsumował z nadzieją w głosie.- Nie wracajmy do tego - dodał poważnie.
   Na tę chwilę uznałem, że to najlepsze rozwiązanie.